Niebanalne wina z niełatwej krainy. Marek Kondrat
Pisałem ostatnio o najwyraźniejszym i najbardziej elektryzującym w dzisiejszym świecie winiarskim podziale na Europę i Nowy Świat. Wspominałem też o udanych mariażach tych dwu światów – europejskich winiarzach, którzy przenieśli się na szczodre dla winnej latorośli tereny nowoświatowe, zabierając ze sobą nie tylko doświadczenie, ale przede wszystkim europejski sznyt. O jednym z tych producentów, włosko-chilijskim De Martino, chciałbym państwu opowiedzieć tym razem.
Niedawno miałem okazję spotkać Sebastiana De Martino, który na zaproszenie naszej firmy – Kondrat Wina Wybrane – przyjechał do Polski, aby przeprowadzić kilka degustacji swoich rodzinnych dzieł sztuki (winiarskiej). Sebastian – urodzony już w Chile – jest reprezentantem czwartego pokolenia włoskiej rodziny z Abruzzo, która od ponad 80 lat zajmuje się produkcją wina w Chile. Przez te lata prowadzili uprawy na 347 parcelach rozrzuconych na całej długości kraju (a długi to kraj, oj długi), a z 347 wybrali 50 najlepszych. Każda parcela poświęcona jest jednemu tylko szczepowi, każda charakteryzuje się innym terroir, niektóre położone są nad samym oceanem, inne wysoko w górach, tak aby wymagania każdej z uprawianych odmian winorośli były jak najlepiej spełnione.
Chile dzięki swej tektonicznej aktywności jest krainą niełatwą dla wszelkiego rodzaju upraw. Zmieniające nagle swój bieg rzeki zalewają pola, porzucając swoje dotychczasowe koryta. Niebagatelnej odwagi i wyobraźni potrzeba, aby, jak De Martino, nie zniechęcić się, a wręcz przeciwnie, wykorzystać tę sytuację. Rzeka pozostawia po sobie bardzo pożądane przez winiarzy osady wapienne, kamienie dające owocom naturalną mineralność. Nawet tam, gdzie morza nie było za pamięci najstarszych ludzi, jak np. w Austrii – miejscowi winiarze z dumą pokazują wapienne odciski prehistorycznych skorupiaków, które mają zaświadczać o doskonałym podłożu dla rodzimych grürner veltlinerów i rieslingów.
Familia de Martino dobrze zna wartość takich miejsc, poza tym lubuje się w utrudnianiu sobie zadania. W Chile łatwo jest jeszcze o rozległe i zróżnicowane połacie ziemi uprawnej, mogliby w jednym kawałku pomieścić kilkanaście szczepów i produkować typowe, dość banalne wina, ale łatwiej nigdy nie oznaczało lepiej. Ich oryginalność i wysiłek nie dotyczą jedynie prac polowych. Osobnych cudów dokonują w procesach winifikacyjnych, wracając często do prastarych metod, jak np. otwarta fermentacja w glinianych, kilkusetletnich amforach. Tak stworzone cinsault np. znalazło się ostatnio w finale konkursu magazynu „Wino” i choć rezultatu jeszcze nie znam, to już jest poważne wyróżnienie! Poznałem Sebastiana w Londynie, dokąd udałem się w towarzystwie Marcina Witka, sommeliera odpowiedzialnego za import w mojej firmie. Sebastian zaprosił nas na kolację do enoteki, w której specjalnością były tzw. wina naturalne – cokolwiek by to znaczyło. Karta win wyglądała jak tom „Krzyżaków” Sienkiewicza i zawierała same „wynalazki” przypominające domowe winka przyzagrodowe, we wcale niemałych cenach! Po dwóch próbach marzyłem, by wreszcie skosztować czegoś soczystego, z bukietem i dobrym finałem, ale sam fakt istnienia takiej karty w sercu Londynu i tłumu ludzi w środku świadczy niezbicie, że świat win jest żywy i poszukujący, a my, pijący wino w miarę świadomie, jesteśmy otwarci i żądni nowych (starych?) doznań.
Na szczęście moi przyjaciele z Chile oprócz eksperymentów – niekiedy niesłychanie ciekawych i udanych – robią też wina nieco bardziej przewidywalne, wina po prostu, nie tylko dla znudzonych znawców szukających odmiany. Sztandarowe dla tej szerokości geograficznej carmenere, rasowe shirazy, marloty, cabernety, które z dumą stawiam na swoich sklepowych półkach.